Explorers

Czarnogóra- sierpień 2013

CZARNOGÓRSKA PRZYGODA - sierpień 2013

Dzień I – The begining 250 km

Naszą wyprawę do Czarnogóry rozpoczęliśmy w piątkowe popołudnie, tuż po pracy. Celem było dojechać do schroniska Orzeł przed granica Polski z Czechami. Wybór padł na to miejsce z tego względu, że byliśmy tu wcześniej, podczas naszego wypadu majowego. Było tam tak fajnie, że już wtedy stwierdziliśmy, że jeszcze tu wrócimy… Długo nie trzeba było czekać. Dystans 250km nie byłby wielkim wyczynem, gdyby nie to, że ostatnie 150km jechaliśmy w deszczu, nocą i w dodatku w trakcie burzy! Raz po raz błyskawice rozświetlały niebo. Do schroniska dojechaliśmy tuż po godzinie 23. Zameldowaliśmy się u właściciela, który właśnie ze znajomymi raczył się szklaneczką whiskey. Kupiliśmy browarka i poszliśmy do pokoju. Jak to zwykle bywa w sezonie letnim ogrzewanie było wyłączone, więc nawet nie mieliśmy jak wysuszyć przemoczonych strojów motocyklowych. Napchaliśmy papieru toaletowego do butów i porozwieszaliśmy wszystko co się dało po pokoju. Po szybkiej kąpieli szczęśliwi, że już koniec tego dnia, położyliśmy się do łóżka.

 

Dzień II- 930 km

alt

Pobudka była dość wcześnie z powodu dystansu, jaki mieliśmy do pokonania. Rzeczkę od Belgradu dzieli 930 km, a właśnie w tym serbskim mieście zarezerwowaliśmy sobie hostel. Niestety rano wszystkie ubrania mieliśmy jeszcze mokre. Po wyjściu przed schronisko nie zobaczyliśmy pięknego widoku, którego oczekiwaliśmy. Zawsze krajobraz w tym miejscu przesłoniony jest niestety gęstą mgłą. Pierwszy przystanek zrobiliśmy sobie na Orlenie tuż przed czeską granicą na śniadanko. Tu spotkaliśmy motocyklistów udających się w tą samą stronę co my, a po krótkiej pogawędce z nimi o planach na wyjazd, pojechaliśmy dalej. Przystanki robiliśmy mniej więcej co 200 km. Więcej Hornetowy zbiornik paliwa nie był w stanie obsłużyć. Przy prędkości 160 km/h odcinki między postojami mijały szybko, a zatyczki w uszach zdecydowanie sprawiały, że podróż była mniej męcząca. Przejeżdżaliśmy przez Brno, Bratysławę, Budapeszt, Nowy Sad. Pogoda dopisywała i na Węgrzech szczęśliwie wyschły nam w końcu ciuchy. Niestety w Budapeszcie zaskoczyły nas fotoradary pochowane za drogowskazami na autostradach. Do tej pory czekamy na mandaty…

W Serbii poszukiwanie noclegu utrudniły nam nazwy miast i ulic zapisane w nawigacji cyrylicą. Jednak 3 lata nauki rosyjskiego w podstawówce Michaliny na coś się przydały. Nazwy naszej ulicy nie było w nawigacji. Pojechaliśmy do centrum na  ślepo. Okazało się, że żadna ulica w Belgradzie nie miała tabliczki z nazwą co utrudniło sprawę. Po 2 godzinach jeżdżenia w kierunkach, które wskazywali nam miejscowi przechodnie trafiliśmy na patrol policyjny. Sympatyczny okrągły funkcjonariusz z przyjemnością, że może udzielić nam pomocy popędził jedną ulicę dalej. Po powrocie oświadczył, że znalazł tam poszukiwany przez nas adres. Szyldu jednak nie było. Po rozmowie telefonicznej młody Serb, właściciel niby-hostelu stworzonego z jego własnego wielopokojowego mieszkania w wieżowcu, wyszedł po nas na parking. W pokoju zastała nas mieszanka narodowościowa- Francuz, Kanadyjka i Bośniaczka. Każdy z nas następnego dnia miał ruszyć do innego kraju.

Po szybkiej kąpieli i piwku kupionym nam przez gospodarza wybraliśmy się na miejscową kolację- tzw. Pljeskawicę. To kotlet z mielonej wołowiny w bułce z mnóstwem warzyw i sosów, które można sobie dowolnie wybierać. Było przepysznie i bardzo syto. Po instrukcjach Serba z hostelu i informacji, że o tej porze ‘kanary’ już nie jeżdżą, wybraliśmy się autobusem pozwiedzać stare miasto oświetlone mnóstwem świateł. Naprawdę miało swój klimat. O 23.00 ludzie byli dosłownie wszędzie. Dopiero wtedy zaczynało się tam życie. Chodząc po całym mieście, nawet po osiedlu, na którym mieszkaliśmy, czuliśmy się bezpiecznie, a Serbowie okazali się przyjaźnie do nas nastawieni. Pełni wrażeń wróciliśmy na hostelu najpóźniej ze wszystkich.

alt

Dzień III- ok. 400 km

alt

Dzień rozpoczął się niewinnie. Lekkie śniadanie w postaci płatków z jogurtem i dzida do zaparkowanych pod blokiem motków. Załadowaliśmy nasz osiołki i już chcieliśmy ruszać, gdy zauważyłem, że zgubiła się śrubka trzymająca GPS. Próbowaliśmy ją znaleźć, ale bezskutecznie. Całe szczęście miałem ze sobą niezastąpione ‘trytytki’. Niestety poszukiwania i naprawa trochę trwały, a ja nie zorientowałem się, że Hornet stał przez ten czas na światłach… Ze złością stwierdziłem, że mam rozładowany akumulator. Upał od rana, ubrani w pełen ciuch pchamy dziada. Całe szczęście silnik zaskoczył od razu.

Tego dnia jazda była już spokojniejsza, koniec z autostradami na kilka dni. Jadąc w stronę granicy z Bośnią podziwialiśmy widoki. Zaskoczeni byliśmy ogromnymi arbuzami sprzedawanymi przy drodze. Po ok. dwóch godzinach zdążyliśmy zgłodnieć więc zatrzymaliśmy się z zamiarem zakupu świeżych owoców na drugie śniadanie. Niestety babunia uświadomiła nas, że nie mieliśmy miejscowej waluty, więc pozostała jedynie kanapka. Przy okazji stwierdziliśmy, że śniadanie trzeba zjeść solidne, aby nie być głodnym po 2h co niepotrzebnie przedłuża podróż. W Serbii zaliczyliśmy kilka fajnych serpentyn, a z jednego z górskich pól kukurydzy zabraliśmy 4 kolby na później. Nawierzchnia drogi była w miarę ładna, ale i tak nie szło jechać szybciej niż 50km/h. Nie byłem przyzwyczajony do takich podróży, więc po jakimś czasie zaczęły mnie łokcie boleć na zakrętach. Całe szczęście szybko się przyzwyczaiłem i rozluźniłem mięśnie. Później było już tylko lepiej.

alt

Po przekroczeniu granicy z Bośnią urzekły nas widoki. Ruch na drodze stał się mniej uciążliwy, a sama droga biegnąca wzdłuż malowniczej rzeki napawała nas pozytywną energią. Jako, że w Bośni byliśmy tylko przelotem, zatrzymaliśmy się tylko na stacji benzynowej na batonika i żeby rzucić okiem na mapę. Po rozejrzeniu się po budynkach zobaczyliśmy na każdym z nich ślady po kulach. Taki widok daje do myślenia. Zacząłem się zastanawiać przez co Ci ludzie musieli przejść podczas wojny domowej w latach 90’tych XX w.

alt

alt

Droga do przejścia granicznego z Czarnogórą na mapie jest zaznaczona jako główna, na czerwono. Jak się okazało była to droga szerokości busa, przeplatana trochę asfaltem, trochę szutre i jechaliśmy tak przez ok. 20km. Po drodze uśmialiśmy się z pary na rowerach (najprawdopodobniej Skandynawowie w podróży poślubnej), która przestraszyła się krów na drodze i zawróciła.

alt

alt

Po minięciu granicy dotarliśmy do docelowego kraju. Nawierzchnia zrobiła się szersza i równiejsza. Po paru kilometrach przeżyliśmy szok! Dojechaliśmy do zapory nad Jeziorem Pivsko i naszym oczom ukazał się raj! Woda miała prześliczny kolor, ryby było widać z daleka. Po czasie zobaczyliśmy w dole malutkiego pracownika i ogrom budowli powalił nas na kolana. Posililiśmy się i ruszyliśmy dalej. Droga wiła się tuż przy brzegu jeziora. Co chwilę na naszej drodze pojawiały się krótkie tunele wydrążone w skale. Dla nas to była nowość. Zachęcało nas to do częstych przystanków i robienia zdjęć. Po kilkunastu kilometrach odbiliśmy w małą drogę prowadzącą przez sam środek Parku Narodowego Durmitor do Žabljaku. Często widzieliśmy drogę, którą jechaliśmy dosłownie kilka minut temu, z tym że byliśmy od niej wyżej o 100-150m.

alt

alt

alt

alt

 

Durmitor okazał się być najpiękniejszym miejscem jakie widzieliśmy na całym wyjeździe. Wąska nitka równego asfaltu wiła się coraz to wyżej i wyżej, a różnorodność szczytów naprawdę zachwycała. W takiej scenerii przejechaliśmy 60km a najwyżej położone miejsce, przez które przejeżdżaliśmy znajdowało się 1907m n.p.m. Gdy dojechaliśmy do Žabljaka, nadchodził zmrok. Zrobiliśmy zakupy w miejscowym sklepie. Pani za kasą od razu zaproponowała nam nocleg za 10euro/os. Po nieudanej próbie stargowania do 8euro podziękowaliśmy i pojechaliśmy na camping, który mijaliśmy wcześniej. Okazało się, że to był dobry wybór. Zapłaciliśmy 3euro/os, rozbiliśmy namiot, zjedliśmy kolację w postaci melona i arbuza, a żeby totalnie się zrelaksować otworzyliśmy wino zakupione w Belgradzie. To był przyjemny wieczór na czarnogórskim lądzie. Rześkie górskie powietrze i spokój panujący dookoła pozwoliły nam się porządnie wyspać.

alt

alt

alt

alt

alt

Dzień IV- 270 km

Po otwarciu namiotu naszym oczom ukazały się skaliste szczyty Durmitoru oświetlone promieniami wschodzącego słońca. Poprzedniego dnia, gdy nadchodził zmrok, nie robiły takiego wrażenia. W końcu nasze pole namiotowe znajdowało się 1500 m n.p.m. Śniadanie składało się z miejscowych smakołyków: świeży melon i arbuz, bagietka i tutejsza kiełbasa, zielona papryka sprzedawana tu w kilkukilogramowych workach.

alt

Po wizycie w aptece (łacina to kolejny język który niespodziewanie się przydał) pojechaliśmy nad Jezioro Czarne, ale z braku chęci na dłuższy spacer, zrezygnowaliśmy z atrakcji. Kolejnym celem był Kanion Tary. Rzeczywiście było na co popatrzeć. Most na rzece jest monumentalny. Jednak szczerze mówiąc oczekiwaliśmy chyba innych widoków w tym miejscu.

alt

alt

                Kilka kilometrów za mostem pojawił się drogowskaz nad monastyr nad Tarą. Prowadziła do niego kamienista droga 2 km w dół kanionu. Zdecydowaliśmy się tam pojechać. 500 m przed celem tylne koło Fazera nie dało się opanować i na stromej górce zaczęło wyprzedzać motocykl ślizgając się po grubym szutrze. Po kilkudziesięciu sekundach moim krzyków w interkom Piter zdołał podbiec pod górę i udźwignąć Fazera leżącego na mojej lewej nodze. Szybkie oględziny- wydawało się, że wszystko jest ok. Pojechaliśmy dalej. Monastyr nie powalił nas z nóg. Zwykły mały kościółek z kamienia. Szkoda było tylko motocykla… Zwiedzał go też z nami czarnogórska rodzina. Po otworzeniu drzwi świątyni przez zakonnicę ucałowali je ze wzruszeniem i zostawili po 20 Euro w ofierze. Nie ulegliśmy temu miejscowemu zwyczajowi. Podjazd pod górę okazał się już bułką z masłem.

alt

                Podróż dalej doliną Tary okazała się przyjemnością. Niezliczone tunele i widoki na rzekę przyprawiały o uśmiech na twarzach. Na każdej zatoczce chcieliśmy się zatrzymać i robić zdjęcia. Trzeba tu wspomnieć, że na żadnym poboczu nie ma barierek i staje się na brzegu skalnej przepaści, a wjazd w słoneczny dzień w tunel, który jest nie oświetlony, powoduje konieczność jazdy ‘na czuja’.

alt

                Interkomy przydały się bardzo, w celu ostrzegania przed niebezpiecznymi sytuacjami za zakrętami i tunelami. Czasami, gdy pojawiały się piękne widoki, w słuchawkach rozlegało się tylko nasze ‘o jaaaa’, a kiedy asfalt tuż za ostrym zakrętem zamieniał się w szuter ‘o k…wa!!!’. Wiadomo było, że w obydwu przypadkach trzeba było zwolnić.

                W dolinie Tary zatrzymaliśmy się na stoisku miejscowego dziadka. Kupiliśmy wędzony ser za ‘tri eura’ na kolację. To było coś J Sprzedawał też oprócz tego rakiję, domowe wino i likier borówkowy w butelkach po Sprite i Coca coli. Nie omieszkaliśmy spróbować. Stamtąd pojechaliśmy doliną Moracy do monastyru nad Moracą. Malowidła ścienne bardzo nam się podobały, a ołtarz błyszczał od złota. Na dziedzińcu napiliśmy się wody ze ‘świętego’ źródełka (nie wiedzieliśmy o co chodzi, ale było w każdym monastyrze i można było pić).

alt

alt

alt

alt

alt

Dalej przez Podgoricę udaliśmy się do Monastyru Ostrog, najbardziej znanego w Czarnogórze. Jest on wybudowany na skalnej ścianie. Wygląda imponująco. Tu  Piter musiał całować krzyż przy jakimiś nieboszczyku w trumnie przykrytym szatą, bo, jak twierdzi, pop go zdezorientował i zawołał, to przyszedł.

alt

            alt

  alt

alt

  Po zejściu na parking wydawało się, że kufer na Fazerze jest pochylony zupełnie inaczej niż na Hornecie. Rano podczas upadku stelaż połamał się w 3 miejscach z 4 możliwych go trzymających. Wszystko zakrywał rollbag którego wcześniej nie zdejmowaliśmy. Cud, ze nie odleciał. Polacy spotkani na parkingu na Hondzie CBR poratowali nas srebrną taśmą montażowa i pomogli umocować tak, by dojechać z powrotem do Podgoricy. Przepakowaliśmy kufry i ruszyliśmy drogą, którą radośnie skakały sobie kózki.

alt

Hostel znaleźliśmy przez Internet. WiFi jest w Czarnogórze na wielu stacjach benzynowych. Dostaliśmy pokój wieloosobowy w hostelu oznaczonym jako ‘motorcycle friendly’. Okazało się, że w pokoju byliśmy sami. Po tak ciężkim dniu zdecydowaliśmy się na luksus, jakim było łóżko. Właściciel hotelu poinstruował nas gdzie znajdziemy warsztat, w którym zespawać można stelaż. Zjedliśmy na tarasie nad brzegiem rzeki, która płynęła obok hostelu i po piwku wróciliśmy zmęczeni do pokoju.

alt

Dzień V- 110 km

Dzień rozpoczął się od wizyty u miejscowego mechanika w Podgoricy w celu pospawania połamanego stelaża od Misi Tuptusia. Jako że motel w którym spaliśmy był ‘bikers friendly’, pan z recepcji polecił nam jeden zakład. Byliśmy na miejscu jeszcze przed otwarciem. Przed budynkiem spotkaliśmy krzątającego się starszego Czarnogórca o imieniu Nicolai. Ucieszył się, gdy zobaczył nas na motocyklach, gdyż młodości startował w zawodach crossowych. Okazał się bardzo przyjaznym człowiekiem. Wytłumaczył nam, że do otwarcia zakładu jest jeszcze ponad 30 min i zaproponował, że możemy skorzystać z łazienki w jego domu i odpocząć w salonie, jeśli tylko chcemy.  W między czasie zdjęliśmy stelaż, żeby naprawa sprawniej poszła. Po przyjeździe ‘majstrów’ (tak nazywał Nicolai), dowiedzieliśmy się, że bez problemu to pospawają. Trochę zaskoczeni byliśmy, kiedy jeden z mechaników wziął stelaż i nawet nie przypasowując do motocykla zaczął go spawać. Na całe szczęście wyszło mu prawie dobrze. Trochę naciągnęliśmy i było git. Ku naszemu zaskoczeniu pożyczyli nam szerokiej drogi i nie wzięli ani centa za tę usługę. 

alt

Po poskładaniu wszystkiego do kupy wyruszyliśmy w drogę z Podgoricy w kierunku Adriatyku do miejscowości Stari Bar. Trasa przebiegała tuż obok sławnego jeziora Szkoderskiego. Wyglądało bardzo malowniczo i z tego względu postanowiliśmy zboczyć trochę z trasy. Pojechaliśmy wzdłuż brzegu do nieczynnego już kamiennego monastyru. Na miejscu zostaliśmy jednak tylko chwilę. Straszny upał dawał nam się we znaki i dlatego woleliśmy pozostać w ruchu. Stara trasa do Baru, dziś już rzadko uczęszczana, okazała się być bardzo niebezpieczna. Strome przepaście bez zabezpieczeń, głazy średnicy 1m na środku drogi, dziury, przez które było widać przepaść lub całkowity brak drogi przez kilkadziesiąt metrów, bo nawierzchnia spadła w dół. Do tego dochodziły dość strome podjazdy i zakręty po 180st. To sprawiło, że nasza prędkość nie przekroczyła 60km/h. Przejazd tą drogą był bardzo ciekawym doświadczeniem dla nas obojga.

alt

alt

alt

alt

alt

 

Przed wyjazdem z Polski słyszeliśmy, że w Czarnogórze trzeba uważać na węże. Całe szczęście spotkaliśmy się tylko raz z osobnikiem, który wylegiwał się na drodze. Kilka kilometrów dalej rozbawił nas widok żółwia chodzącego po drodze. Stwierdziłem, że to jest ‘najdzikszy żółw na świece’ i musimy mieć z nim zdjęcie! Wjeżdżając do Baru zaciekawiła nas roślina, która rosła na tarasie jednego z domów. Okazało się, że to kiwi :D

alt

alt

Tego dnia pierwszy raz zobaczyliśmy palmy w Czarnogórze. Zadowoleni z tego faktu zrobiliśmy sobie kilka zdjęć z nimi w tle. Jak się później okazało, widok palm towarzyszył nam prawie do końca wyprawy. Tamtejsze okolice obfitują również w gaje oliwne z ciekawymi, dziurawymi jak ser szwajcarski pniami. Jako że w Barze nie ma praktycznie nic do oglądania, pojechaliśmy do Starego Baru. Znajduje się tam stara część miasta m. in. z wieżą zegarową i akweduktem. Przyjemnie spacerowało się między tymi starożytnymi budowlami. Niestety wiele zostało zniszczonych podczas trzęsienia ziemi jakie nawiedziło Czarnogórę w latach 70. Nasze zadowolenie po zwiedzaniu tego miejsca również runęło jak po tym trzęsieniu. Spięliśmy nasze kurtki i kaski zapięciem rowerowym, żeby zabezpieczyć się przed kradzieżą. Jak się okazało zagrożenia nie stanowili złodzieje tylko my sami. Po prostu zgubiliśmy kluczyk za zamka! Próba rozbrojenia zabezpieczenia zajęła nam ok. godzinę, ale na szczęście po użyczeniu młotka udało się rozerwać stalową linkę.

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

 

Tego dnia zatrzymaliśmy się jeszcze w miejscowości Petrovac na plaży, gdzie rozciągał się malowniczy widok na skałę, na której został wzniesiony mały kościółek. W drodze na kolejny camping zobaczyliśmy jeszcze wyspę Sveti Stefan. Samo wejście na hotelową plażę kosztowało 50 Euro. O cenę pokoju w hotelu na wysepce nie odważyliśmy się zapytać. Tym razem camping znajdował się ok. 100m od plaży w Jazie. Szybko więc rozbiliśmy namiot i biegiem popędziliśmy do wody J Po kąpieli na leżakach wypiliśmy piwko zagryzając czekoladką.

alt

alt

alt

Dzień VI ok. 120 km

                Z rana postanowiliśmy jeszcze raz przejść się na plażę w Jazie. Potem ruszyliśmy dalej do Budvy. Tam spacerowaliśmy po starówce mającej ponad 2500 lat! Bardzo klimatyczne miejsce. Obok tego miasteczka znajduje się plaża, na która dostać można się tylko łódką od strony morza z powodu skalistych klifów oddzielających ją i uniemożliwiających piesze dotarcie tam. Na wybrzeżu było o wiele więcej turystów niż w miejscach, gdzie byliśmy wcześniej. Podobała nam się jednak dzikość gór, a w tłumie ludzi trochę nam tego brakowało, mimo niewątpliwie pięknych miasteczek.

alt

alt

                Z Budvy udaliśmy się do Cetyni, która jest dawną stolicą Montenegro. Znowu wjeżdżaliśmy coraz wyżej, a widok przy podjeździe z gór na Budvę, Sveti Stefan i okoliczne wysepki był cudowny. Cetynia ma zupełnie inny klimat niż inne miasta Czarnogóry. Budynki są wybudowane z szarego kamienia. Najbardziej podobał się nam Monaster Narodzenia Matki Bożej. Uważany jest za duchowe centrum Czarnogóry, a pochodzi z XV w. W przewodniku napisane było, że nieodpowiednio ubrani do miejsca turyści odziewani są przez mnichów w niebieskie szaty. Mieliśmy nadzieję, że się trochę poprzebieramy, ale z racji zakrytych ramion i nóg nie musieliśmy tego robić.

alt

alt

                Z Cetynii ruszyliśmy w Góry Lovcen, przez które wiodła droga do Kotoru. Postanowilismy wjechać na Jezerski Vrh (1657 m n.p.m.), gdzie na szczycie znajduje się mauzoleum Piotra II Petrovića Njegoša. Z parkingu czekała nas tylko krótka wędrówka do mauzoleum na szczycie. To jedyne miejsce w całej Czarnogórze, skąd zobaczyć można Adriatyk, jezioro Szkoderskie i Durmitor. I naprawdę tak było.

alt

alt

alt

Jadąc do Kotoru cofnęliśmy się jeszcze inną drogą w stronę Cetyni, żeby pojeździć po winklach. Widoki na Bokę Kotorską z góry były jednymi z najlepszych podczas całej podróży. Zatoka Kotorska uważana jest jako najbardziej wysunięty na południe fiord Europy. W trakcie poszukiwań jabłkowej rakiji w górskich wioskach natrafiliśmy na skarbnicę wieprzowych szynek w gospodarstwie pewnego Czarnogórca. Po wejściu do jego piwnicy nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Wielkim nożem ukroił nam po kawałku szynki wieprzowej wkręconej w imadło. Po degustacji kupiliśmy trochę na kolację.

alt

alt

alt

Kiedy przyjechaliśmy nad brzeg zatoki z przyjemnością wykąpaliśmy się w błękitnej wodzie. W Kotorze pozwolić mogliśmy sobie na bardzo powolne zwiedzanie starówki, gdyż tego dnia nie mieliśmy nic więcej zaplanowane. Snuliśmy się po wąskich uliczkach z przyjemnością, że nie musimy się nigdzie spieszyć. Po zasięgnięciu języka w biurze turystycznym pojechaliśmy szukać pola namiotowego. Miejsce znaleźliśmy pod drzewami oliwnymi. Od zatoki dzieliła nas tylko wąska droga. Na drugim brzegu w nocy podziwiać mogliśmy oświetlony Kotor i inne miasteczka Boki.

alt

alt

alt

alt

Dzień VII - ok. 70km

Stwierdziliśmy, że bez porządnego śniadania nigdzie nie jedziemy. Kupiliśmy więc przeróżne smakołyki w przydrożnej ‘pekarze’. Z pełnymi brzuchami ruszyliśmy w drogę. Plan na dziś to objechać Bokę Kotorską. Pierwszy przystanek, którego w zasadzie nie planowaliśmy, to był rynek w Kotorze. Moc kolorowych warzyw i owoców, oliwki, sery, mięso, rakija- dobrze zrobiliśmy, że się zatrzymaliśmy. Na taki rynek dobrze jest iść z pustym brzuchem. Każdy sprzedawca chciał nas poczęstować swoimi przysmakami. Niestety po tak solidnym śniadaniu nie mieliśmy miejsca na nic i musieliśmy stamtąd uciekać. Kupiliśmy tylko świeże oliwki i wędlinę na kolację.

alt

alt

Boka Kotorska to piękne miejsce jednak dużo ładniej wygląda z góry. Zwiedziliśmy starówkę w Herceg Novi, posililiśmy się pizzą sprzedawaną na kawałki i pojechaliśmy na camping. Właścicielem campingu był miły starszy pan, który dobrze mówił po angielsku, a na plaże mieliśmy ok. 500m. Postanowiliśmy, że tym razem więcej czasu spędzimy nad wodą. Wieczorem zakupiliśmy migdały i wino Vranac- ponoć najlepsze czarnogórskie. Do kolacji mieliśmy zakupione wcześniej oliwki, wędlinę i ser. To byłą kolacja po królewsku. Namiot tego dnia rozbity mieliśmy w bardzo ciekawym miejscu- koło kępy bambusów, między drzewami oliwnymi i jadalnymi kasztanowcami. Wieczorem zaczęły po nich biegać spore szczury…

alt

alt

Dzień VIII ok. 300 km

                Tego dnia ze smutkiem musieliśmy pożegnać Czarnogórę. Udaliśmy się do Chorwacji. Jazda była bardzo męcząca. Taki upał nie dopadł nas nigdzie w Czarnogórze. Na stacji benzynowej spotkaliśmy 2 sympatycznych Niemców wiozących łódkę swoim rodzicom mieszkającym latem w Chorwacji. Okazało się, że też są motocyklistami. Postanowili również odpocząć i przy okazji wymieniliśmy się kilkoma spostrzeżeniami z podróży.

Pierwszą atrakcją był Dubrownik. Starówka w mieście jest duża i piękna. W porównaniu do niej czarnogórskie są miniaturkami, choć równie piękne i interesujące. W Chorwacji zaskoczyły nas powalające ceny. Było drożej niż w Wiedniu! Zgodnie stwierdziliśmy, że nigdy nie pojedziemy tam na wakacje.

alt

alt

alt

alt

Jadąc dalej wzdłuż wybrzeża morskiego wypatrzyliśmy plażę z białych kamieni, która znajdowała się z dala od miasta i w przeciwieństwie do innych nie było na niej dużo ludzi. Po kąpieli odpoczęliśmy trochę wylegując się na słońcu. Dalej jechaliśmy powoli cały czas brzegiem morza aż do Splitu podziwiając widoki.

alt

Po tym jak dowiedzieliśmy się o cenach kempingów w tym kraju, zdecydowaliśmy rozbić namiot na brzegu morza gdzieś za Trogirem. Miejsce znaleźć było niesamowicie ciężko. O plaży nie było mowy. Udało się nam rozłożyć maty na płaskim kawałku skał nad brzegiem zatoczki za małym miasteczkiem. Dookoła zasłaniały nas krzaki. Znaleźliśmy nawet pyszne winogrona w opuszczonym ogrodzie obok.

Dzień IX ok. 700 km

Nieunikniony powrót. Zawsze przychodzi taki czas, że trzeba wskoczyć na autostradę i ruszyć w stronę domu. Chorwackie autostrady są ładne, ale niestety strasznie drogie i zatłoczone. Nie jechało się dobrze, aczkolwiek widoki były ładne. Na którejś ze stacji benzynowej spotkaliśmy znajome twarze. Polska para podróżująca na CBR1000RR również kończyła swój wypad. Spotkaliśmy się wcześniej pod monastyrem Ostrog. Wymieniliśmy się przeżyciami i numerami telefonów, pożyczyliśmy sobie szerokiej drogi i ruszyliśmy dalej. Musieliśmy dojechać do Wiednia, gdzie mieliśmy już zarezerwowany nocleg.

alt

alt

alt

alt

Na miejscu byliśmy ok. 17 więc mieliśmy jeszcze trochę czasu na ogarnięcie się przed wieczornym zwiedzaniem centrum miasta. Wiedeń to już zupełnie inny świat niż Serbia, Bośnia, Czarnogóra czy nawet Chorwacja. Po prostu nie da się porównać tych wszystkich miejsc. Dużo ludzi, ładne samochody, olbrzymie gmachy budynków, restauracje, knajpki, bary. Bardzo duża różnorodność kulturowa daje się we znaki. Pospacerowaliśmy sobie po wiedeńskich uliczkach i po zjedzeniu kebaba i wypiciu piwka udaliśmy się do metra. Po powrocie do hotelu okazało się, że mamy sąsiadów z Brazylii, którzy właśnie przyjechali do Wiednia.

Dzień X 600 km

                W Wiedniu spało się wyśmienicie. Po pobudce zazdziwili nad dwaj Brazylijczycy przytulający się razem na jednym łóżku. Wymknęliśmy się po cichu na śniadanie. Szwedzki stół zachęcił nas do korzystania z wielkiego słoika Nutelli. Przykrą niespodzianką był upadek nawigacji przy pakowaniu. Niestety ekran popękał i do Poznania wracaliśmy już patrząc na niezbyt dokładną mapę Europy. Z rana zwiedziliśmy jeszcze barokowy Pałac Schönbrunn, w którym mieszkała sławna księżna Sisi. Koncertował tam również Mozart jako jeszcze małe 6-letnie dziecko. Spacer po ogrodach bardzo nam się podobał, a ze wzniesienia za pałacem widać było cały Wiedeń.

alt

alt

alt

alt

alt

                Mimo małych pomyłek na niektórych skrzyżowaniach szczęśliwie trafiliśmy do domu. W Czechach niestety dostaliśmy jeszcze mandat. Podobno piesi wchodzili na pasy… 20 Euro na głowę poszło. Podróż wydłużyły nam kombajny i traktory z przyczepami jeżdżącymi po polskich drogach. Po przyjeździe na parking przed mieszkaniem w Poznaniu nie mogliśmy uwierzyć, że to już koniec naszej podróży.

 

W sumie zrobiliśmy ok. 3900 km, Hornet spalił 213 l benzyny a my nacieszyliśmy swoje oczy. Czarnogóra to piękny kraj i możemy go polecić każdemu !

Mapa wyjazdu:

alt

 

Zapraszamy do obejrzenia krótkiego filmiku z wypadu :)