Explorers

Dolnośląska Majówka 2013

Tajemnice Dolnego Śląska - czyli majówka 2013

Nie do opowiedzenie - do zobaczenia :P

Dzień I

Całą majówkę zaplanowaliśmy na 5 dni. Pierwszego maja spotkaliśmy się o 8 rano na mojej stancji. Pierwotnie ekipa liczyła 6 osób: Aga, Pepa, Misia, Piter oraz Tomek i Łukasz, którzy wyruszali ze Złotowa.  Pogoda od początku nie sprzyjała. 11 stopni Celsjusza  i mżawka zachęcały raczej do postojów na herbatę z termosu niż dodawanie gazu. Agnieszka przeszła niezły chrzest na swojej pierwszej motocyklowej wycieczce… Ważne, że humory dopisywały.

alt

Pierwszym punktem na naszej mapce była Parowozownia w Jaworzynie Śląskiej.  Dawniej była to ważna stacja na drodze do Wrocławia. Działała w latach 1895-1991. Znajduje się tam 31 lokomotyw i 41 wagonów, lecz obecnie tylko jedna lokomotywa jest na chodzie, z czego i tak nasz hipsterski przewodnik był niesamowicie dumny.  W starych budynkach kolejowych znajduje się też makieta, na której uczyli się obsługiwać ruch pociągów uczniowie szkoły w Jaworzynie. W pomieszczeniach lokomotywowni zgromadzonych jest też wiele zabytkowych odbiorników radiowych, maszyn do pisania, motocykli, zabawek i drukarnia.

alt

alt

Niemałym atutem  muzeum była kolekcja motocykli Harley Davidson i Indian. Można było tam obejrzeć naprawdę perełki. Bardzo ciekawy okazał się lekko porysowany motocykl. Jego właściciel w czasie wojny z obawy o możliwość utraty motocykla, zamurował go w ścianie. W tym celu zabezpieczył go dokładnie materiałami nasączonymi olejem. Motocykl dopiero kilka lat temu został odnaleziony przez krewnego owego motocyklisty. Zachowany został w świetnym stanie i do tego bez problemu odpalał. Na pierwszym zdjęciu przedstawiony jest motocykl sprowadzony z USA i odrestaurowany w Polsce. Fotografie nad nim przedstawiają stan przed odnowieniem.

alt

alt

Kolejną atrakcją tego dnia był Zamek Książ koło Wałbrzycha, trzeci co do wielkości w Polsce. Okazało się, że w tych dniach odbywał się tam Festiwal Kwiatów. Kolejka na parking była przynajmniej 2 kilometrowa. Policjant kierujący ruchem uważał, że nie zdążymy dojechać na niego przed zamknięciem i polecał odpuszczenie sobie atrakcji. Jednak nie zamierzaliśmy stać w żadnym korku. Po pięciu minutach omijając zgrabnie wszystkie samochody znaleźliśmy miejsce postojowe, a policjantowi opadła szczęka z wrażenia. Jak dobrze, że pojechaliśmy tam motocyklami.

Nasza radość nie trwała długo, gdy zobaczyliśmy tłumy zwiedzające zamek. Stoiska z biżuterią i roślinami znajdowały się dosłownie wszędzie. Interesująca była chyba tylko wystawa drzewek bonsai i stoiska z winami, których i tak nie było dane nam spróbować. Szybko przemknęliśmy przez zamek i pewnie wiele ciekawych rzeczy umknęło naszym oczom, przez chaos jaki tam panował.  Chociaż z zewnątrz Książ sprawia naprawdę pozytywne wrażenie. Luźniej i przyjemniej było już w ogrodach. Po obiedzie na zamku wybraliśmy się do palmiarni.

alt

alt

Przyszedł czas na szukanie noclegu. Z wielu miejsc, do których dzwoniliśmy, tylko schronisko Orzeł zaproponowało nam nocleg- tzw. glebę za dychę. O spaniu w namiotach w taką pogodę nie było mowy. Sam podjazd był dla nas hardcorowy. Stroma gliniasta droga prowadziła w górę wzdłuż wyciągu narciarskiego, bo sam obiekt leży  875 m n.p.m. Schronisko okazało się bardzo przytulne z przyjaznym właścicielem i klimatyczną barem „Piwnica pod Orłem”.  Zdecydowaliśmy się zostać tam również następnego dnia na glebie, mimo że pokoje były już dostępne, bo jak powiedział właścicielowi Piter , „Człowiek do luksusu się szybko przyzwyczaja”. To motto towarzyszyło nam już całą drogę.

alt

 

Dzień II

alt

Chęć zobaczenia jak najwięcej tego dnia zmusiła nas do wczesnej pobudki. Spanie na glebie dla mnie okazało się zadziwiająco wygodne. To pewnie dzięki zakupionym przed wyjazdem matom. Pierwsze rozciągnięcie gnatów i rzut okiem za okno. Dopiero teraz byliśmy w stanie zrozumieć, dokąd prowadziła stroma gliniasta droga. Naszym oczom ukazał się widok jak na załączonym zdjęciu. Niestety nie trwał on zbyt długo. Prześladująca nas od początku wyjazdu mgła skutecznie zasłoniła nam widoki.

Po zjedzeniu śniadania ruszyliśmy do oddalonych o kilka kilometrów sztolni Walimskich. Są to tunele wydrążone w litej skale wchodzące w skład znanego na szerszą skalę Projektu Riese. Skromny przewodnik, który nas oprowadzał, mówił co prawda trochę cicho, ale za to za siał w nas dozę zaciekawienia i tajemniczości tego miejsca. W zrozumieniu trudu pracy jeńców przy budowie tych tunelów pomagały prezentacje świetlno-dźwiękowe.

alt

alt

Po Walimiu udaliśmy się do kompleksu sztolni w Osówce. Prowadziła tam kręta, wąska droga o dobrej nawierzchni asfaltowej. Niestety wilgotność powietrza była tak wysoka, że nawet droga była strasznie mokra. Kompleks Osówka, gdzie wchodziło się przez małe, niepozorne drzwi, był dużo większym przedsięwzięciem niż Walim. Tu również oprowadzał nas przewodnik. Ciekawostką jest to, że do dnia dzisiejszego nie wiadomo, jakie było przeznaczenie tych wszystkich sztolni. Czy miała to być siedziba Hitlera czy też tajna fabryka broni. Do tej pory uważa się, że odkryte tunele to tylko cząstka, tego co naprawdę wybudowano.

alt

alt

alt

Trzecią i ostatnią atrakcją tego dnia byłą Twierdza w Srebrnej Górze. Przewodnik ubrany jak za czasów napoleońskich, uzbrojony w muszkiet i szablę opowiadał bardzo ciekawie o każdym zakamarku twierdzy. Ciekawostą było to, że część pomieszczeń była pod ziemią, a dodatkowe zabezpieczenie w postaci grubych ścian sprawiały, że uderzenia kul armatnich były praktycznie nieszkodliwe dla tej budowli. Fajnym doświadczeniem był wystrzał z broni pochodzącej z czasów świetności twierdzy, ładowanej czarnym prochem i ołowianą kulą. Ogromny huk (strzał miał miejsce w środku) dawał wyobrażenie jak musiało być głośno podczas obrony, kiedy strzelała cała armia żołnierzy. Nie tylko ze strzelb, ale również z armat!

alt

Po powrocie do schroniska zjedliśmy coś ciepłego popijając piwkiem. Później rozegraliśmy mini turniej w bilard popijając drinki whiskey z colą. To był wieczór rozprężenia umysłowego :D

alt

 

Dzień III

Dzień trzeci. Dziś ostatecznie pożegnaliśmy się ze schroniskiem Orzeł. Chwila na skręcenie tylnego amortyzatora w jajku i można zjeżdżać w dół. Tego dnia pogoda nie miała nic wspólnego z majówką, raczej ze „Wszystkich Świętych”, zimno, mokro, mgliście. Zjazd ze schroniska trochę się przeciągnął, Michalina zalicza „paciaka”, a Łukasz przebija przednie koło. W związku z zaistniałą sytuacją postanowiliśmy zwiedzić najbliższy zakład wulkanizacyjny, co okazało się ciężkie zważywszy na 3 maja. Powoli na resztkach powietrza dojechaliśmy do miejscowości !!!!!!!, gdzie zgodził się nam pomóc „pan od opon”. Ratuje nas zestawem naprawczym do opon. Po chwili z małym opóźnieniem wyruszamy do zaplanowanego celu – Kopalnia Nowa Ruda-Muzeum Górnictwa.

alt


Najpierw zwiedzamy samo muzeum. Przewodnik ,z akcentem adekwatnym do regionu, opowiada o historii górnictwa, minerałach, czapkach górniczych i obsłudze kopalni z powierzchni.

alt

alt

alt

Po zwiedzaniu „góry” czas zejść pod ziemię. Losujemy kolorowe hełmy i całą grupą udajemy się do „bram piekieł”

alt

alt

Wnętrze kopalni wygląda tak jakby dopiero co opuścili je górnicy. W środku ciasno wilgotno, ale niestety zimno:P.

alt

alt

Zwiedzanie co chwilę przerywają krzyki zwiedzających, których straszył duch – skarbnik. Zdjęcie poniżej, ten co straszy po lewej, po prawej przewodnik (były pracownik kopalni)

alt

alt

Pozowanie z przewodnikiem

alt

alt

Wejście pod górę i powrót na powierzchnię, kolejką, niczym prawdziwi górnicy. J

alt

alt

Zdjęcie poniżej… nie wiem co to jest… podobno to „ule”, nie wiem… Nigdzie w kopalni nie widzieliśmy WC… „Przypadek… nie sądzę..”

alt

Kolejny punkt do zwiedzania na dziś, to Karłów- Błędne Skały położone na terenie Parku Narodowego Gór Stołowych. Dojeżdżamy tam krętą drogą w gęstej mgle, widać tylko światło jednego motocykla przed. Wysokość 853 m n.p.m. Temperatura 5 stopni. Na parkingu gęsto, ale się udało. Każdy wciska mokre rękawice w szczeliny motocykla w celu ogrzania. Jeszcze oscypek z żurawiną na pobliskim straganie i można zwiedzaćJ Zimno więc nie ściągamy kasków.

alt

alt

alt

alt

alt

alt

Osobom w większym brzuchem nie polecamy… nie przejdą w wąskich szczelinach. Szczupłym też ciężko :)

alt

To ostanie wspólne zdjęcie. Po zwiedzaniu Tomek i Łukasz muszą wrócić do Złotowa. Reszta udaje się w kierunku schroniska „Pod Muflonem” w Dusznikach. Określenie „schronisko w Dusznikach” to dość proste określenie, samo odnalezienie schroniska, to niczym „Rajd w Cienmo” bez itinera… Boczna uliczka w Dusznikach, później długo polnymi drogami szukając wskazówek. Prosta pod górkę i błoto zatrzymało nas, ja z Agnieszką zaliczamy „paciaka”. Kufer bierze całe zło na siebie i pęka. Dwa Piotery postanowiły odnaleźć schronisko pieszo. Po dotarciu na miejsce dowiadujemy się, że jest lepsza droga „na około” Wracamy do dziewczyn i motocykli, a tam… miła niespodzianka J Dojechali do nas Wojtas, Młody i Łysy. Wracali z Austrii. Pomagają nam sprowadzić na dół motocykle i jedziemywłaściwą drogą (nie wiele lepszą) do miejsca zaplanowanego noclegu :)

alt

alt

alt

Chłopaki wspomagają nas prowiantem (kiełbasa ze słoika :D W samym schronisku czas zatrzymał się w latach 80tych. Wieczorem klimatycznie-  spijamy browarka, grzejemy się i suszymy przemoczone ubrania. Chłopaki opowiadają o Austrii.

 

Dzień IV

 

Rano żegnamy się z chłopakami i wyjeżdżamy ze schroniska „ Pod muflonem” . Zachęceni pogodą, przypominającą wreszcie nieco bardziej majówkową, ruszamy w kierunku Czech, aby zwiedzić  Skalne Miasto w Skałach Adrszpaskich (kręcono tam „Opowieści z Narnii”).  Po drodze  zaliczamy nieco przerażającą lekcję anatomii w Kaplicy Czaszek w Czermnej. Jest to wielki wspólny grobowiec ofiar wojen Śląskich z lat 1740-1742 i 1744-1745 oraz chorób zakaźnych z XVIII wieku. Ściany i sufit kaplicy wyłożone są 3 tysiącami czaszek i kości ludzkich. Pod podłogą spoczywa dalsze kilkadziesiąt (20-30 tys) szczątków ludzi.

alt

Niestety  w środku nie można było robić zdjęć, udało się nam tylko sfotografować kaplice od zewnątrz.  Dla ciekawych, co kryje  się w jej wnętrzu podaje link, który to dobrze pokazuje: http://dolnyslask360.pl

Następnie jedziemy już prosto do Czech - z kilkoma przystankami, by utrwalić na zdjęciach soczyście zielony krajobraz, nieudane próby palenia gumy i skakanie po jezdni.

alt

 

alt

Około godziny  14 dotarliśmy do celu. Szybko kupiliśmy bilety i przekroczyliśmy bramy  Skalnego Miasta.  Okrężny szlak turystyczny  ma tu 3,5 kilometrów. Wydaje się mało, ale przejście go zajęło nam około 3 godzin. Super widoki oraz schody nieco spowalniały naszą wycieczkę J. Podczas spaceru podziwia się formy skalne, każda ma tu nadaną nazwę związaną z podobieństwem do konkretnych kształtów. Mamy tu np. Głowę cukru, Słoniowy Rynek, Zęba,  Kochanków. Oprócz tego,  z wysokości szesnastu metrów spada między skały Wielki wodospad, a nieopodal niego również wersja mini- Mały wodospad. Ku uciesze turystów przy końcu trasy można pobawić się w wywoływanie echa, które odbite od ścian Krzyżowego Wierchu odpowiada siedmiokrotnie,  .

alt

Rynek Słoniowy

 

 

Następnym celem staje się jedzenie. Wygłodniali podążamy tropem knajpy, która zapewniłaby nam ciepłą strawę. Jak się okazało, nie było to proste. Zamknięte, za drogo, albo wygląd nie zachęcał. Wreszcie coś się znalazło, ale na smažený sýr i kuřecí  indický  przyszło nam czekać około godzinę. Najedzeni skierowaliśmy się  w kierunku schroniska w Karpaczu. Po drodze przejechaliśmy przez malowniczą przełęcz Okraj. Znajdowało się tutaj najwyżej położone w Polsce przejście graniczne, które niegdyś łączyło nasz kraj z Czechami.

alt

alt
 

Potem już tylko schronisko - szybki prysznic, bo ciepła woda tylko do 21, napoje chłodzące, słone paluszki i karty ze współlokatorami.

Dzień V

W niedzielę na deser zostawiliśmy sobie Park Miniatur w Kowarach i Świątynię Wang w Karpaczu. Pogoda z rana nie zapowiadała się dobrze, za to w południe zza chmur wyjrzało piękne słońce, które towarzyszyło nam aż do Poznania.

Kościół Wang został wybudowany w Norwegii na przełomie XII i XIII wieku. W 1842 roku został przewieziony z Berlina do Karpacza. Stoi przy najwyżej położonej ulicy w Polsce- Na Śnieżkę. Został on zbudowany bez użycia ani jednego gwoździa, a wszystkie jego elementy zespolone są złączami ciesielskimi. Obecnie znajduje się tam parafia ewangelicka. Okazaliśmy się rannymi ptaszkami i na otwarcie świątyni czekać musielibyśmy 2 godziny, także wnętrze sobie odpuściliśmy.

alt

alt

MotoŁazarz:

alt

Z Karpacza popędziliśmy do Kowar. Tam przewodniczki oprowadziły nas po Parku Miniatur. Jest ich 41 (miniatur, nie przewodniczek). Między innymi również Książ i Świątynia Wang, które wcześniej widzieliśmy w prawdziwych rozmiarach.  Modele zbudowane są głównie w skali 1:25. Wiele budowli przedstawionych jest w stanie z lat świetności, podczas  gdy obecnie popadają w ruinę.

alt

alt

alt

Po drodze z Piterem obejrzeliśmy szybko zamek w Bolkowie. Pepy wymiękli… :D

alt

alt

Droga do Poznania poszła gładko (w końcu ciepło i słonecznie!). Gładko przynajmniej tym, którzy nie narzekali na ból pleców, ciężki bagaż, pasażera z tyłu i stare opony. (Pepaaa :D) Łączna trasa miała około 850 km.