Explorers

Wyprawa Włochy 21.04 – 04.05. 2011

Dzień pierwszy 21.04
Rano dzwoni telefon:
Radziu: Hej. Kiedy będziesz miał gotowy motocykl? Damy radę wyjechać dzisiaj?
Szczota: Pewnie. Właśnie wyjeżdżam do Złotowa dopiąć ostatnie szczegóły.
Oczywiście szczegóły okazały się dość trudne do dopięcia. Musiałem założyć błotnik oraz skompletować lampę. Lampy były dwie, a problem jeden: żadna nie pasowała. Udało się to rozwiązać po dobrych dwóch godzinach. Z komicznie wyglądającym błotnikiem i zupełnie niepasującą lampą wróciłem do domu. Godzina 13 – ruszamy wykupić ubezpieczenie. Z radością wracamy do domów i oznajmiamy naszym rodzicielkom, że wykupiliśmy ubezpieczenie zdrowotne z opcją assistans – po ewentualnej śmierci przywiozą nasze ciała do domu J. O godzinie 16 na Rosochy przyjeżdża Radziu, kończymy pakowanie , zakładamy interkomy i jazda. Wyjazd z Rosoch o godzinie 17. Trasa przez Poznań do Wrocławia przebiega bardzo spokojnie. Do Wrocławia dojeżdżamy o godzinie 22.30. Przejechane 352km.

Dzień drugi 22.04
O godzinie 6.00 dzwoni budzik... Musimy wstać... Nie damy rady... OK wstajemy... Wstawaj leniu :P
Najpierw śniadanie. Później szybkie ogarnięcie, motocykli i ruszamy w drogę. Wyjazd z Wrocławia o 7.30. Jadąc trasą na Kudowę Zdrój przez Strzelin napotykamy wioskę o bardzo osobliwej nazwie „Stolec”.

W Kłodzku szybki postój na zakupienie wody i tego co Wojtuś kocha najbardziej, czyli map drogowych krajów, które mamy zamiar odwiedzić. Kilka fajnych winklowni na trasie Kłodzko-Kudowa i przekraczamy granicę Czeską  w miejscowości Nachod. Naszym celem są Czeskie Budejowice. Trasa w Czechach przebiega przyjemnie ale trochę nużąco. Podczas postoju obiadowego na stacji benzynowej spotykamy postawnego Czecha ujeżdżającego Hondę Varadero z milionem naklejek państw, które odwiedził. Tutaj postanowiliśmy zgapić pomysł kolegi i też kupować niewielkie nalepki w każdym odwiedzonym kraju (jak się później okazało nie są one łatwo dostępnym towarem na przejściach granicznych i stacjach benzynowych).

Wyjeżdżając z Budejowic doznaliśmy ataku serca! Otóż jakiś zwariowany dawca rodem z Austrii wyprzedził nic podejrzewających turystów na powolnych motocyklach (nas) na swoim pięknym, czerwonym Ducatti z prędkością odrzutowca lecącego z ponaddźwiękową i zniknął po sekundzie za kilkunastoma samochodami. Szok i zawał serca. Odczucia po przejechaniu Republiki Czeskiej: wszystko fajnie pogoda, widoki, drogi, ale nie mam na czym zawiesić oka. Brak jakichkolwiek ładnych dziewczyn, do których jesteśmy tak bardzo przyzwyczajeni. Na szczęście w Austrii i we Włoszech już nie było tak źle J. W godzinach popołudniowych przekraczamy granicę czesko-austriacką i zmierzamy krętymi, szybkimi drogami na południe. Dojeżdżamy do miasta Linz, przez które przepływa Dunaj. Przy rzece strzelamy kilka fotek i ruszamy jak najdalej na południowy-zachód bo zaczyna kończyć nam się dzień.

Daleko nie zajechaliśmy. Po kilkudziesięciu kilometrach w miejscowości Wells stajemy pod Lidlem i zgodnie stwierdzamy, że czas poszukać noclegu. Pytając ludzi przyjeżdżających do sklepu nie jesteśmy w stanie dowiedzieć się gdzie jest najbliższy kemping. Nawet mieszkający tu Polacy nie są w stanie nam pomóc! Jeśli nie możemy liczyć na tubylców to liczymy na wujka Google i to, że DaVid siedzi akurat przy kompie. Jest jakiś kemping paręnaście kilometrów na południe w małej miejscowości o nazwie Kremsmünster. Oczywiście znalezienie kempingu nie było najłatwiejsze ale udało nam się. Godzina 19.45. Wreszcie jesteśmy. Nocleg kosztował nas 6,50 Euro. Pole namiotowe położone było nad niewielkim strumykiem z widokiem na kościółek. Wita nas zarządca i wskazuję nam miejsce na zupełnie pustym polu, po czym sam kieruje się do swojej przyczepy kempingowej. Podczas rozbijania obozowiska nagle zauważamy, że przez nasze pole przechodzi długonoga niewiasta, której ubranie wskazuje na sposób zarabiania pieniędzy i kieruje się do campera nadzorcy. Oczywiście myśleliśmy, że to jego córka wpadła na dokładnie godzinną wizytęJ. Przyjechaliśmy przed sezonem więc woda pod prysznicami była zimna a oświetlenie w nocy nie działało. Noc okazała się „dość” zimna, a nad ranem wokół namiotu grasowały dzikie kaczki.

 Przejechane 549 km, razem 901.

 

Dzień trzeci 23.04
Pobudka o 7.00. Szybkie śniadanie i o 8.20 wyruszamy w stronę Alp. Już po kilkudziesięciu kilometrach jesteśmy w górach.


Austria okazała się motocyklowym rajem na ziemi. Piękne widoki i kręte, najwyższej jakości drogi. Ku naszemu zaskoczeniu wszyscy tutaj jeżdżą 110 km/h, a ograniczenia prędkości jeśli już są to radzimy ich przestrzegać, ponieważ wjeżdżając w zakręt z sugerowaną prędkością można go przepędzlować. Rozkoszując się jazdą mijamy Linzen i Zell an See. Wreszcie dojeżdżamy do słynnej Großglockner Hochalpen straße – najwyżej położonej trasie widokowej w Europie.

Trudno opisać tamte widoki, najlepiej samemu tam pojechać. Mogliśmy się tam wyszaleć. Same „patelnie”,  wole, a rama mojego motocykla i kufry Radzia przytarte praktycznie na każdej z nich.

Szaleństwo i wieczny banan na twarzy. Niestety nie mogliśmy podjechać pod sam lodowiec, ponieważ na drodze zalegał jeszcze zimowy śnieg. Duże wrażenie wywarło na nas przygotowanie trasy. W niektórych miejscach przy samej drodze wyrastały dwu metrowe ściany śniegu, ale droga nie była zaśnieżona czy też mokra.

Po zjeździe z trasy widokowej skierowaliśmy się w stronę przełęczy Plöckenpass, czyli granicy austriacko-włoskiej. Szybka sesja zdjęciowa na granicy i ruszamy w dół.

Pierwsze wrażenie we Włoszech zupełnie odmienne od Austrii. Drogi pozostawiały wiele do życzenia no i wszechobecny syf. Na szczęście wraz z przejechanymi kilometrami bałagan się zmniejszał a drogi nadawały się do jazdy. Przejeżdżamy przez Udine i kierujemy się w stronę Wenecji, a konkretnie wybrzeża Adriatyku położonego na północ od miasta. Okolice te słyną we Włoszech z produkcji wina, więc mijamy wiele starych i pięknych winnic. Do miejscowości Bibone, gdzie planujemy nocleg docieramy o 19. Ze znalezieniem kempingu nie było większych problemów, ponieważ jest to popularne nadmorskie uzdrowisko, które nawet podczas naszego wyjazdu było pełne turystów z różnych krajów. Kemping Dune, na którym zatrzymaliśmy się tego wieczoru kosztował nas 17 Euro. Obiekt położony nad samym morzem był ciasny ale nie mogliśmy narzekać na jego standard. Wieczorkiem wyszliśmy przejść się po plaży i wypić tam piwko (no góra po cztery piwka).
Cały dzień trzeba podsumować jako bardzo ciekawy. Podziwialiśmy najwyższe góry w Europie, winnice oraz spokojny Adriatyk. Przejechane 497 km, razem 1398.

 

Dzień czwarty 24.04
Tego dnia budzimy się na luzie o 7.30. Po śniadaniu ruszamy w stronę Wenecji, miasta na wodzie. O 10.30 wjeżdżamy na jeden z największych parkingów w Europie, gdzie pozostawiamy nasze maszyny i ruszamy szukać jakiejś tratwy, która zawiezie nas da plac świętego Marka. Naszą tratwą okazał się mały prom, który przewiózł nas labiryntem kanałów do centrum Wenecji a zarazem największej atrakcji miasta.

Plac świętego Marka jest piękny, katedra również, niestety przerażające i odpychające wrażenie pozostawiają tłumy turystów oblegających jego okolice. Ruszamy więc w stronę mniej uczęszczanych uliczek i mostów. Strzelamy kilka fotek i wspólnie stwierdzamy, że stęskniliśmy się za naszymi motocyklami więc szukamy powrotu na parking.

Po przedyskutowaniu naszych odczuć na temat tego niewątpliwie ciekawego miasta stwierdzamy, że jest to miejsce, które każdy powinien zobaczyć ale nie wywołuje ono u nas super wrażeń. Pełni nadziei wyruszamy w stronę Werony, miasta Romea i Julii. Nuda i wkur... tak można opisać tę trasę. Bezsensowne ograniczenia prędkości i niemożność zapłacenia na stacjach benzynowych kartą (próbowaliśmy na 10) doprowadzały nas do białej gorączki. W Weronie byliśmy o godzinie 17.00. Nasz kamping (Castela San Pietro) położony był na zboczach wzgórza zamkowego górującego nad miastem. Miejsce przeznaczone na namiot było bardzo małe ale położone bezpośrednio przy tarasie widokowym ukazującym piękną panoramę Werony.

 

Zwiedzanie miasta zaplanowaliśmy na następny dzień. Wieczór zaś zaplanowaliśmy na regenerację sił oraz kosztowanie lokalnego wina, ku zdziwieniu opiekuna kampingu wypiliśmy dwie butelki (chyba nie miał częstych kontaktów z Polakami). Tego dnia przejechaliśmy 264km. Razem 1662.

 

Dzień piąty 25.04
Pobudka chwile przed wschodem słońca i od razu ruszamy na zwiedzanie miasta. Wschód słońca zastał nas na szczycie wzgórza zamkowego (San Pierto), gdzie mogliśmy podziwiać jeszcze piękniejszą panoramę miasta niż na naszym tarasie. Do miasta schodzimy malowniczymi uliczkami powoli budzącej się do życia Werony.

Następnie przeszliśmy do centrum miasta przez rzekę Adygę mostem św. Piotra. Starówka Werony wywarła na nas duże wrażenie. Ciasne ale bardzo urokliwe uliczki i mnogość zabytków począwszy od balkonu Julii skończywszy na najlepiej zachowanych amfiteatrze rzymskim, w którym do teraz odbywają się koncerty.

 O 10.30 wyjeżdżamy w stronę Pizzy. Pierwsza część drogi wiodła nas do Parmy (nuda i ograniczenia prędkości), druga zaś przez góry pełne winki i przygód. Oczywiście znowu na kilku stacjach benzynowych nie byliśmy w stanie zapłacić kartą oraz ceny paliw były zbyt wygórowane. Postanowiliśmy zaryzykować i pojechać do następnej stacji. Na domiar złego nawigacja za wszelką cenę chciała odciągnąć nas od głównych dróg. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów od ostatniej stacji zdobywając dość stromą górkę czuję przerywanie silnika ( a jechałem już na rezerwie), koniec paliwa. Przez interkom Radziu melduje, że na szczyt już nie wjedzie bo motocykl zatrzymał i żąda paliwa. Co teraz? Zatrzymujemy nadjeżdżający z przeciwka samochód...okazało się to Chorwaci i przez kilkanaście kilometrów nie widzieli stacji. Byliśmy po środku niczego bez benzyny. Jako że miałem jeszcze resztki paliwa w baku postanowiłem zjechać kilka kilometrów posiłkując się tylko grawitacją a następnie na oparach spróbować dostać się do jakiejkolwiek stacji. Przez kilka kilometrów i dwie wioski przejechałem jak cień na wyłączonym silniku następne kilometry udawałem mistrza ekodrivingu i udało się. Znalazłem stację. Zatankowałem kolumbrynę oraz plastikową butelkę po wodzie dla Radzia. Ku mojemu zdziwieniu Radziu dojechał na oparach tylko kilometr od stacji. Dolaliśmy benzyny i ruszyliśmy zatankować się „po same cyce” co by nie zabrakło już dzisiaj. Ruszyliśmy w stronę La Spezji, a tu wielkie zaskoczenie. Góry, puste drogi pełne winkli, no i widoki. Na tej trasie wjeżdżamy już do pięknej Toskanii.

 Po 75km szaleństwa na zakrętach wpadamy w korki w okolicach Massy i w bardzo powolnym tempie dojeżdżamy do Pizy. Kamping Village w Pizie położony był około 400m od Krzywej Wieży, ale kosztował nas 27,5 Euro. Po rozbiciu obozowiska wyruszyliśmy zobaczyć wieżę oraz strzelić kilka fotek.

 

Dzień szósty 26.04

Osobiście uważam, że był to najciekawszy dzień wyjazdu. Z Pizy wyruszyliśmy o 11.00. Plan był prosty – zobaczyć piękne oblicze Toskanii i dojechać nad morze Tyreńskie. Już kilka kilometrów od Pizy mogliśmy podziwiać urokliwe winnice otoczone przez cyprysy.

Wąskimi, krętymi drogami dojechaliśmy do jednej z pereł w koronie Toskanii – San Gimignano. Zwiedziliśmy tam starówkę oraz zakupiliśmy tyle wina ile zmieściliśmy do naszych kufrów. Następnie wybraliśmy się do określanego mianem „miastem wiatrów” Volterry, gdzie zwiedzamy położoną na szczycie płaskowyżu starówkę oraz przegryzamy „prawdziwą” włoską pizze.

 Kolejnym celem była trasa do Massa Marttimy, gdzie występują ciepłe źródła oraz niewielkie gejzery, których nie widzieliśmy (chyba schowały się przed nami). Podczas pokonywania kolejnych wzniesień, gdzieś pod Massą Marttimą postanowiłem zatrzymać się na skrzyżowaniu żeby sprawdzić kierunek jazdy, a tu nagle jakiś niebieski Transalp wjeżdża w tył mojego Road Stara. To był Radziu, który starając się nie roztrzaskać mojego motocykla wyłożył się i trochę porysował Trampka oraz tylni kufer. Szybko się pozbieraliśmy, naprawiliśmy uszkodzony kufer i ruszyliśmy dalej.

Wjeżdżając do Grosseto Radziu zaalarmował, że drugi pozornie nieuszkodzony kufer otworzył się i zginęła pokrywa oraz japonki. Ja ruszyłem z powrotem, a Radziu czekał na obrzeżach miasta. Niestety nie udało mi się znaleźć chociażby japonek. Kiedy wróciłem do Grosseto okazało się, że jakiś mężczyzna  w kamizeli pomaga Radziowi. Tym kolesiem był Andrea -  vice president Fibra de Muerte supportu Bandidosów. Nasz nowy przyjaciel pomógł nam w naprawie oraz zaproponował zwiedzanie miasta i nocleg. Miejscem noclegowym okazał się podziemny parking, w którym Andrea miał swoją kanciapę. Wieczorem wybraliśmy się w trójkę do pobliskiego pubu, gdzie czekali na nas bracia klubowi naszego darczyńcy, Diego – president oraz John. Po paru piwkach dołączył do nas president włoskich Roadrunnersów. W miłej atmosferze rozmawialiśmy o życiu w naszych krajach, motocyklach i bunga-bunga.

Tego dnia przejechaliśmy 220km. Razem 2207.

 

Dzień siódmy 27.04
Z podziemnego garażu wyjechaliśmy o 8.00. „Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu” tam też udaliśmy się tego dnia. Droga do Rzymu była szybka i prosta. Pogubiliśmy się lekko przy poszukiwaniu naszego kampingu, ale już o 13.30 byliśmy na miejscu. Kamping Tiber położony był w miejscowości Prima Porta na obrzeżach Rzymu. Tym razem zamiast namiotu wynajeliśmy niewielki dwuosobowy domek na dwa dni.

Już po godzinie od naszego przybycia okazało się, że domek to strzał w dziesiątkę, ponieważ do końca dnia padał ulewny deszcz. Wieczorem ruszyliśmy do pobliskiego pubu/restauracji, gdzie spędziliśmy ciekawy wieczór w towarzystwie Włochów, Amerykanów, anglików, Francuzów oraz polskiej obsługi campingu. Jedynym minusem było to, że zaginął nam laptop :P Dzień zamknął się na przejechanych 212km. Razem 2419.

Dzień ósmy 28.04
Tego ranka mieliśmy wrażenie, że coś nie tak jest z ciśnieniem bo głowa nas trochę bolała. Lecz przed rozpoczęciem zwiedzania wiecznego miasta poratowaliśmy się puszeczką Jacka z colą i ciśnienie nie doskwierało nam już tak mocno. Do centrum Rzymu dojechaliśmy kolejką podmiejską na stację Flaminio. Stamtąd metrem do Watykanu.

Państwo Papieskie przygotowywało się właśnie do uroczystości beatyfikacyjnych Jana Pawła II więc ludzi było sporo, a wielu koczowało już tam w celu zajęcia najlepszego miejsca podczas uroczystości. Niestety nie weszliśmy nawet do bazyliki św. Piotra bo nie zdążylibyśmy zwiedzić miasta. Następnie przecinając Tybr dotarliśmy do Piazza Navona, gdzie stoi Fontanna Czterech Rzek.

 Kolejnym przystankiem tzw. „expresu rzymskiego” był Panteon, który wywarł na nas ogromne wrażenie. Z Panteonu przeszliśmy wąskimi uliczkami pod fontannę Di Tervi.

Stamtąd, trochę błądząc, doszliśmy pod majestatyczny Kapitol oraz forum Trajana. Pod Kapitolem szamaliśmy panini z szynką oraz Peroni.

Następnie poszliśmy wzdłuż Forum Romanum do Koloseum.

Samo Koloseum okazało się bardziej zniszczone niż przypuszczaliśmy, ale i tak robi wrażenie.

Chwila odpoczynku i poszliśmy zobaczyć miejsce starożytnego Circo Massimo, czyli miejsca rozgrywania wyścigów rydwanów. Ku naszemu rozczarowaniu okazało się, że 600 metrowej budowli pozostał tylko wielki plac o zarysie stadionu. Z pod Circo Massimo pojechaliśmy metrem do stacji Flaminio,  stamtąd do naszego kampingu. Rzym jest piękny, ale potrzeba na to więcej niż jeden dzień. Do naszego domku weszliśmy około 17. Trochę odpoczynku, a wieczorem wyruszyliśmy na poszukiwanie laptopa i spotkanie z naszą międzynarodową ekipą. Laptop się odnalazł, a my siedzieliśmy do późnych godzin ucząc się mówić po francusku. Wynajęcie domków na dwie noce kosztowało nas 60 euro.

 

Dzień dziewiąty 29.04
Jako, że byliśmy zmęczeni długimi rozmowami z poprzedniej nocy z kampingu wyjechaliśmy dopiero o 10.30. Celem na dzisiaj było Cassino, nad którym znajduje się Monte Cassino. Bardzo staraliśmy się uniknąć wjazdu do Rzymu bo tamtejsi kierowcy i korki mogą dać nieźle w kość. Niestety nie udało się uniknąć ani jednego ani drugiego. 35 stopni w połączeniu z rozgrzanym silnikiem motocyla i korkami to mieszanka wybuchowa. Po dużych męczarniach udało nam się wyjechać z „Wiecznego Miasta”. Około 15 dojechaliśmy do Cassino.

Droga do klasztoru jest bardzo kręta, z zniewalającymi widokami. Tak bardzo zniewalającymi, że odezwał się mój lęk przestrzeni. Musieliśmy zamienić się z Radziem na prowadzeniu i w żółwim tempie wjechać na górę. Niestety udało nam się zwiedzić jedynie klasztor bo dorwała nas nawałnica, która zmusiła nas do poszukiwania noclegu. Miasto Cassino okazało się zupełnie pozbawione campingów więc postanowiliśmy pojechać do miejscowości Isernia, gdzie znowu zaczęło mocno padać więc musieliśmy wynająć pokój w trzygwiazdkowym hotelu , który kosztował nas 70 euro. Dobrze, że nie wybraliśmy na tą noc noclegu w namiocie bo całą noc padał ulewny deszcz. Tego dnia przejechaliśmy 266km. Razem 2682.

 

Dzień dziesiąty 30.04
Po nocy w wygodnych łóżkach wstawało się bardzo ciężko. Po podsumowaniu wydatków i mając w perspektywie kilka deszczowych dni postanowiliśmy przerwać jazdę na południe i rozpoczęcie powrotu do domu. Z Isernii wyjechaliśmy o 10.00. W strugach deszczu przejechaliśmy przez góry i dotarliśmy do Marina di Vasto o 11.20. Znaleźliśmy miejsce na domkach przy plaży, a Radziu pojechał na zakupy do pobliskiego marketu.

Deszcz padał, ale my mieliśmy gdzie wysuszyć ubrania oraz zapas jedzenia i wina. Dwa noclegi kosztowały nasz 60 euro. Przejechaliśmy 105km. Razem 2787.

 

Dzień jedenasty 01.05
Ten dzień przywitał nas deszczem. Dobrze, że wynajęliśmy domek na dwa dni. Szybka przejażdżka do pobliskiego sklepu w celu uzupełnienia zapasów przede wszystkim piwa i wina, a później oglądanie Sonsów na cudownie odzyskanym laptopie. Po południu trochę się rozpogodziło, więc postanowiliśmy wybrać się na spacer po miejskiej promenadzie i plaży.

 

Dzień dwunasty 02.05
Koniec leniuchowania. Czas ostro ruszyć na północ. Cel na ten dzień to nadmorski kurort Rimini. Przejazd przez Vasto, Pescarę, Ankonę okazał się bardzo długi i nudny oraz tradycyjnie przepełniony bzdurnymi ograniczeniami prędkości. Do Rimini dojechaliśmy około 17.00. Okazało się, że jest to ogromny kurort z nieskończoną ilością hoteli. Od centrum miasta do naszego kampingu minęliśmy 13km hoteli położonych jeden przy drugim. Nocleg w kampingu nad samym morzem kosztował nas 19 euro.

Po rozbiciu obozowiska poszliśmy na plaże wypić piwko i tylko pomarzyć o wykąpaniu się w nim. Tego dnia przejechaliśmy 331km. Razem 3118.

Dzień trzynasty 03.05
Wyjechaliśmy z Rimini o 8.30 i zmierzamy do położonego niedaleko San Marino.


Do stolicy San Marino noszącego tę samą nazwę dojechaliśmy pół godziny później. Miasto jest malowniczo usytuowane na szycie wysokiej góry położonej w bezpośrednim sąsiedztwie morza.

Zwiedzanie przepełnionego sklepami z alkoholami i perfumami państwa zajęło nam dwie godziny. Stamtąd wyruszyliśmy drogami krajowymi do Modeny, a tam wjechaliśmy na autostradę prowadzącą do Berlina. Nawigacja powiedziała wtedy nam: 1500km prosto. Przez Veronę, Trento, Bolzano, Innsbruk, Schwanz dojechaliśmy kilkanaście kilometrów za Monachium.

O 21.30 zatrzymaliśmy się w przydrożnym hotelu, gdzie pracująca w recepcji Polka wynajęła nam jednoosobowy pokój. Dobrze bo pieniądze kończyły się nam bardzo szybko. Tego dnia przejechaliśmy 845km. Razem 3963.
 

Dzień czternasty 04.05
Pobudka o 5.30. Mamy zamiar dojechać do domu. Około 6.30 zeskrobujemy szron z motocykli i ruszamy na Berlin. Na początku dnia strasznie zazdrościłem Radziowi handbarów bo było zimno i ręce mi odpadały.

Z biegiem godzin było lepiej. Pod Norymbergą wjeżdżamy w korek spowodowany wypadkiem z udziałem dwóch ciężarówek. Stojąc w korku poznajemy starszego motocyklistę, który opowiada nam o tym jak podróżował motocyklem przez Stany. Wreszcie, nie widząc końca usuwania samochodów, postanawiamy pojechać kawałek pod prąd i zjechać na wcześniejszym zjeździe. Pod Lipskiem zatrzymujemy się na ostatnie tankowanie w Niemczech. Tam, już po zatankowaniu, zaskakująca wiadomość: mamy ostatnie 2,5 euro. Więc wydaliśmy to na smażonego Wursta. Najedzeni i szczęśliwi wychodzimy ze stacji a tu kilka podstarzałych nastolatek robi sobie zdjęcia na naszych motocyklach. Okazało się, że panie wracają z beatyfikacji papieża Polaka, a nasze maszyny bardzo się im spodobały. Pozujemy więc do zdjęć jak to przystało na takich przystojnych modeli jak my. Do Polski wjeżdżamy na przejściu granicznym w Słubicach. Czuliśmy się tam już jak w domu. O 19 dojechaliśmy do Krajenki, gdzie podziękowaliśmy sobie za wspaniały wyjazd i ruszyliśmy do domów. Tego dnia przejechaliśmy 920km. Razem 4883km…