Explorers

Rumunia 2014

Dojazd: 1 dzień 273 km, 2 dzień 670km

                Nasz wyjazd rozpoczął się od tego, że Tomek i Łukasz dojechali do nas do Poznania i wyruszyliśmy razem w kierunku Opola. Tam czekała na nas Kasia, u której spędziliśmy miły wieczór przy piwku. Następnego dnia ruszyliśmy przez Słowację i Węgry do Satu Mare. Obowiązkowym przystankiem po drodze był dla nas Tokaj, gdzie zaopatrzyliśmy się w 3 litrowe baniaki smacznego węgierskiego wina na następne dni.  Przejazd odbył się bez niespodzianek. No może niespodzianką były driftujące Łady zajeżdżające nam drogę na Węgrzech… Kiedy dojechaliśmy do Satu Mare , okazało się, że jest już za późno, aby szukać pola namiotowego. Noc spędziliśmy przy polu kukurydzy za miastem.

alt

alt

Dzień 3  ok. 290 km

                Dzień zaczął się ciężko. Czyżby za dużo węgierskiego wina? Na śniadanie jajecznica z polskich swojskich jajek. O dziwo wszystkie przejechały tysiąc kilometrów w kufrze w całości. Łukasz chyba uważał na dziurach.

                Pierwszy przystanek to obowiązkowy wesoły cmentarz w Sapancie. Akurat trafiliśmy na niedzielną mszę. Ludzie z okolicznych wiosek w ludowych strojach tłumnie przybywali do kościoła. Stara czy młoda- każda w kolorowej spódnicy i z chustką na głowie.  Odbywał się też ślub. Goście  przez kilka kilometrów szli pod rękę z panną i panem młodym na ceremonię.  Tego dnia zobaczyliśmy jeszcze kilka drewnianych monastyrów, skansen w Syhocie Marmoskim i cerkiew św. Mikołaja w Budesti. Właśnie tam pierwszy raz na Rumunii spróbowaliśmy placinty z bryndzą- naszego ulubionego rumuńskiego dania do końca wyjazdu. Wyruszyliśmy w stronę campingu. Jechaliśmy 60 kilometrów w burzy przez góry drogą numer 18 (jak się poźniej okazało najgorszą w Rumunii). Po tej przygodzie odechciało nam się wszystkiego. Drewniana chatka na campingu w Fundu Moldovei prowadzonym przez Holendrów była spełnieniem naszych marzeń tego dnia. Wieczorem zaczęliśmy akcję osuszania suszarką wszystkiego co zmokło.

alt

alt

alt

alt

alt

Dzień 4 ok. 260 km

                Dzień zaczęliśmy od zwiedzania monastyrów m.in. Moldovita, Voronet i Humorului. Odwiedziliśmy tez kopalnię soli w polskiej miejscowości Kaczyka. Dawniej pracowało w niej wielu Polaków.  Następnie skierowaliśmy się w stronę jeziora Bicaz. Jechaliśmy widokową drogą wzdłuż brzegu jeziora. Namioty rozbiliśmy na leśnym parkingu niedaleko jeziora. Wieczorem spisała nas Żandarmeria, aby mieć pewność, że nie będziemy rozpalać tam ogniska, za co mandat dostali już wcześniej sąsiedzi rozbici niedaleko nas. Udało nam się nawet załapać na darmowy prysznic na campingu niedaleko.

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

 

 

Dzień 5 ok. 320 km

                Dzień zaczęliśmy od podziwiania widoków na tamie nad jeziorem Bicaz kilka kilometrów dalej. Udaliśmy się później do wąwozu rzeki Bicaz. Skały pochylały się tam nad naszymi głowami. Widoki były piękne. W drodze do Rezerwatu wiecznego ognia Focul Viu znowu spotkała nas niemiła niespodzianka, gdyż droga którą jechaliśmy z asfaltu zamieniła się w szuter, a później w gline po której spływała woda. Po drodze, w sklepie spożywczym spotkaliśmy Rumuna, który po krótkiej pogawędce i degustacji w sklepie obok, podarował nam lokalne wino z beczki. Gdy odwdzięczyliśmy się Gorzką Żołądkową z kufra Pitera, był bardzo zadowolony z wymiany. W końcu szczęśliwie dojechaliśmy do celu. W rezerwacie zobaczyliśmy jednak tylko kilka palących się ognisk. W miejscu tym z ziemi ulatnia się metan, a ilość palących się ognisk zależy od aktywności tektonicznej. Nocleg tego dnia był niewypałem. Psy szczekające za płotem dały nam w kość.

alt

alt

alt

alt

alt

alt

Dzień 6 ok. 300 km

                Pierwszą atrakcją tego dnia były błotne wulkany tzw. Vulcani Noroiosi niedaleko miejscowości Policiori. Błoto tryska tam z ziemi na wysokość do 1 metra. Kilka razy zostaliśmy ochlapani. Krajobraz wokół wulkanów jest iście księżycowy.

Po zarezerwowaniu hotelu w pobliżu centrum udaliśmy się do Bukaresztu. Miasto to dżungla. Nie wiadomo jak jeździć. Pasy na jezdniach nie są wymalowane, więc obowiązuje zasada- ile się zmieści tyle może stanąć. Dojazd do centrum zestresował nas nieźle. Niestety po drodze Tomek poślizgnął się na rozlanej na jezdni wodzie, przejechał przez skrzyżowanie na czerwonym świetle i rozdarł sobie całą sakwę o kufer Michaliny stojącej przed nim. Na szczęście nikomu nic poważnego się nie stało. Po zreperowaniu sakwy przez szewca następnego dnia, wyglądała jak nowa.

Okazało się, że nasz hostel jest całkiem przytulny. W końcu nazywał się The Cozyness. Po wysłuchaniu kilku wskazówek udzielonych nam przez pracownika hostelu udaliśmy się na wieczorne zwiedzanie Bukaresztu.

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

Dzień 7- 180 km

                Z rana wybraliśmy się jeszcze na spacer po parku w Bukareszcie. Nie był zachwycający, pomimo że przewodnik mówił inaczej. Skierowaliśmy się w stronę Braszowa. Po drodze zatrzymaliśmy się w końcu, żeby spróbować rumuńskiego arbuza. Połowa musiała jeździć potem jako pasażer Pitera.

                Droga do Braszowa zaskoczyła nas pięknymi widokami. Przy górskich rzekach co chwilę widzieliśmy porozbijane namioty i campery. Postanowiliśmy i my spędzić noc na polanie nad brzegiem. Niestety w nocy złapała nas największa burza, jaką do tej pory widzieliśmy. Wodoodporna nawigacja zostawiona na motocyklu Pitera przestała być wodoodporna. Do końca wyjazdu prowadzić musiał Tomek.

alt

alt

alt

Dzień 8- 150 km

                Braszów. Deszcz. Deszcz. Deszcz. Po całym mieście chodziliśmy w kaskach. Pogoda nieco zepsułam nam zwiedzanie. Na szczęście w Branie, gdzie znajduje się zamek Drakuli zawitało już słońce. Po zwiedzeniu zamku w końcu obraliśmy kierunek na Transfogaraską. Przyjemny nocleg znaleźliśmy na kampingu na samym początku drogi  w góry. Ze względu na ciemne chmury zakrywające szczyty odpuściliśmy sobie przejazd Transfogaraską tego dnia.

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

Dzień 9- 170 km

                Transfogaraska była głównym punktem tego dnia. I najlepszym J O ile z rana mieliśmy dosyć dobrą widoczność aż do tunelu w górach, to po drugiej stronie masywu była zdecydowanie gorsza i deszczowa. I tak naoglądaliśmy się sporo.  Oczu nie można była oderwać od pięknego krajobrazu. Po drodze robiliśmy wiele przystanków na zdjęcia. Przy zjedzie z gór zrobiliśmy sobie przerwę na swojską rumuńską kiełbaskę i ser ze straganów. Zwiedziliśmy jeszcze Zamek Poienari- kolejną siedzibę sławnego Drakuli. 1440 schodów jakie trzeba było pokonać do ruin dało nam się we znaki. Tam chłopaki spróbowali rumuńskiego dania Ciorba de Burta, czyli odpowiednik polskich flaczków. Wieczorem odwiedziliśmy jeszcze monastyr Hurez, który pamiętamy ze śpiewów zakonnic nadających niewątpliwie klimat temu miejscu. Noc spędziliśmy na pastwisku przy rzece.

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

Dzień 10- ok. 250 km

                Wyruszyliśmy z okolic Horezu na Transalpinę. Po drodzę napotkaliśmy miejscowy targ, którego nie omieszkaliśmy obejrzeć. Sprzedawano wszystko- od koni i uprzęży, przez arbuzy, na kapciach i skarpetach kończąc. Dla wielu Rumunów największą atrakcją dnia była palinka.

                Dalej nasza trasa wiodła prosto przez Transalpinę. Spodobała nam się zdecydowanie bardziej niż droga poprzedniego dnia. Tym razem pogoda nie zawiodła i widoki mieliśmy jeszcze piękniejsze niż na Transfogaraskiej.  Kolejnym plusem był też o wiele lepszy asfalt.

                Tego dnia dojechaliśmy jeszcze do Devy. Przejechaliśmy się kolejką na ruiny zamkowe, aby obejrzeć panoramę miasta. Sama Deva nie zachwyciła nas swoim urokiem. Dzień skończyliśmy na niemieckim campingu w Simerii - za rozbicie namiotów zapłąciliśmy śmieszne pieniądze. Do tego camping był do naszej dyspozycji bo byliśmy tam sami.


alt

alt

alt

alt

alt

alt

Dzień 11 ok. 200 km

                Pierwszym punktem tego dnia był średniowieczny zamek w Hundedoarze. Był to największy zamek ze wszystkich jakie widzieliśmy na wyjeździe. Po zwiedzaniu przyszedł czas na orzeźwiającą kąpiel w rzece.

                Później skierowaliśmy się w stronę Alba Jula, gdzie zobaczyć mieliśmy zabytkową cytadelę. Okazała się miłym zdziwieniem. Z przyjemnością pospacerowaliśmy sobie po niej. Podziwiać można tam żółte  budynki zupełnie odmienne od innych w Rumunii.

                Wieczorem dotarliśmy na wypasiony camping z basenem pod Klużem. W drodze na nocleg spotkała nas niestety niezła ulewa.

alt

alt

alt

alt

 

Dzień 12 ok. 160 km

                Dzień zaczęliśmy od wymiany klocków hamulcowych w Fazerku. Na szczęście udało się znaleźć zaopatrzony sklep motocyklowy z Klużu. Tam też sprzedawca poinformował nas, że browar Ursus, który chcieliśmy zwiedzić już dawno nie działa. Na pocieszenie wypiliśmy sobie po bezalkoholowym w pubie Ursus, który został po całej fabryce. Następnie udaliśmy się do Kopalni soli w Turdzie. W środku było naprawdę zimno. Kopalnia była ogromna. Pod ziemią działał nawet diabelski młyn, kręgielnia i stawek, po którym można było popływać łódką. Pokonywanie schodów nie należało też do najłatwiejszych, jednak woleliśmy to niż czekanie w bardzo długosz kolejkach do wind.

                Z miasta pojechaliśmy na wycieczkę do Wąwozu Rzeki Turda. Buty motocyklowe zamieniliśmy na adidasy, żeby udać się na dwugodzinny spacer po rezerwacie.  Ze wszystkich stron otaczały nas wysokie skały, a w nich wydrążone jaskinie.  Miejsce to jest rajem dla osób lubiących wspinaczki. Zdjęcia chyba mówią same za siebie. ;)

Po wyjeździe z rezerwatu nie mieliśmy ochoty na nic innego, niż rozbicie namiotów i otworzenie zimnego piwka. Na miejsce noclegowe wybraliśmy sobie łąkę nad rzeką na obrzeżach wsi. Po chwili nawiedziła nas rumuńska babcia szamanka. Aby rozpalić nam ognisko była gotowa spalić wszystko dookoła krzycząc- „Multum! Multum!”.  Wcześniej przyniosła nam szczaw do nacierania twierdząc, że pomaga to odstraszać komary. Kiedy zaczęła znosić nam rozmaite rzeczy do spalenia szybko zorientowaliśmy się, że ma chyba trochę nie po kolei w głowie… Tam też Łukasz zaprzyjaźnił się z wygłodniałym białym psem, który z radością później osikał nam motocykle i namioty.

 

alt

alt

alt


alt

alt

 

Dzień 13 ok. 90 km

                Z samego rana wybraliśmy się na poszukiwania miejscowości Geamana. Było ciężko, bo nie jest to atrakcja turystyczna, a raczej katastrofa ekologiczna. Niemal cała wioska zalana została przez ścieki z kopalni miedzi tworząc wielkie toksyczne jezioro o wielu kolorach. Znad tafli wody wystaje tylko wieża kościoła i nieliczne dachy domostw. Pracownicy robiący coś nad brzegiem starali się nas przegonić.  Rumuni raczej nie lubią się chwalić tym jeziorkiem… Po drodze uzupełniliśmy zapasy palinki i świeżej bryndzy z rumuńskiej przydrożnej chaty. Stamtąd pojechaliśmy obejrzeć Jaskinię Lodową.

                Polak spotkany poprzedniego dnia na kampingu polecił nam udać się do miejscowości Padis w górach Apuseni. Tak też zrobiliśmy. Jacy byliśmy głupi sądząc, że do schroniska dojedziemy łatwo. Czekał nas 20 km drogi wyglądającej raczej jak szlak górski, poobijane kolektory oblepione krowimi plackami i błotem oraz kałuże przejeżdżane z nogami na kierownicy. Miejscowi zapewniali jednak, że droga jest dobra i motocyklami damy radę z łatwością. Daliśmy radę- z trudnością. Ok. 20 km trasy pokonaliśmy w mniej więcej 3 godziny nie wiedząc tak naprawdę gdzie jesteśmy i dokąd jedziemy. Kiedy dojechaliśmy do asfaltu zaczynającego się przed wioską, Tomek ucałował równiutką drogę. Zdaliśmy sobie sprawę jak bardzo nie doceniamy polskich … Dookoła nas chodziły wolno pasące się konie.

 

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

Dzień 14 – 0 km

                Ten dzień poświęciliśmy na wycieczkę z płaskowyżu Padisz , przez kanion źródło rzeki
Galbanei,  do bramy Ponoru, do której jednak nie wszyscy dotarli. Droga była trudna i oznaczona jako bardzo zaawansowana. Wspinaczka po łańcuchach i stromych osypujących się pod nogami zboczach gór podnosiła adrenalinę. Na półkach skalnych stały kozice, których głosy odbijały się echem od skalnych wysokich skał.  Widoki w rezerwacie były imponujące. Całodniowa wycieczka bez przygotowania zaowocowała niezłymi zakwasami, ale i satysfakcją, że tyle udało nam się zobaczyć. Tempo było niezłe. Czasami i biegowe. Po naszym powrocie do miejscowości Tomek i Łukasz znaleźli już świetne miejsce na rozbicie namiotów nad górskim czystym strumieniem. Wokół nas chodziła ponad setka krów z dzwonkami u szyi. Niektóre próbowały nam przewrócić namioty, inne ściągały rogami ręczniki z lusterek motocykli.  Doskonałym zakończeniem dnia była kolacja- Placinta przygotowana przez babcię z pobliskiego drewnianego baraku. Na śniadanie zamówiliśmy ich więcej wraz ze świeżym mlekiem prosto od krowy do popicia.


alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

Dzień 15- 370 km

                Podczas pysznego śniadania u babci Wiority dokonaliśmy handlu wymiennego. Żubrówka poszła za nalewkę z palinki i Afine. Cokolwiek ta nazwa dla nas wtedy znaczyła… (po polsku to żurawina, ale dowiedzieliśmy się o tym 2 tygodnie póżniej) Ważne, że było od babci i smaczne. Z ciężkim sercem wyjeżdżaliśmy z Padisa. To miejsce to jedna z najlepszych niespodzianek, jakie nas spotkały. Po drodze do Budapasztu zatrzymaliśmy się w Oradei i skorzystaliśmy z kąpieli w znanych w całej Rumunii basenach z wodą termalną.

                . Do Budapesztu dojechaliśmy pod wieczór. Nasz hostel zrobiony ze starego akademika miał jedna zasadniczą zaletę- przepiękny widok na panoramę miasta z ósmego piętra. Wieczorem znaleźliśmy jeszcze czas na zwiedzanie pięknie oświetlonego starego miasta i piwko na fontannie przy muzyce na żywo.

alt

alt

alt

 

Dzień 16- ok. 560 km

                Ostatnie chwile w Budapeszcie spędziliśmy na objazdowej wycieczce po mieście i  zwiedzaniu cytadeli. W południe wyruszyliśmy już w stronę domu. Niestety okazało się, że łożysko w przednim kole Fazera rozwalone jest już doszczętnie. Tempo podróży przez to troszkę się zmniejszyło ale droga po autostradach minęła bardzo szybko. Nocleg spędziliśmy w znanym nam już Schronisku Orzeł w Rzeczce. Tym razem miejsca na podłodze zabrakło, więc pozostało nam rozbić namioty. W końcu zobaczyliśmy z tego miejsca piękne widoki na góry Sowie. Spotkaliśmy też polsko-ukraińską wymianę dzieci i miłą Ukraińską opiekunkę…

alt

alt

Dzień 17- ok. 250 km

                Z Gór Sowich wyruszyliśmy do Poznania, aby spędzić ostanie godziny urlopu w luksusie, jakim jest własne łóżko i wanna.

                I tym razem dojechaliśmy szczęśliwie do domu. Wrażenia z wyjazdu niezapomniane. Z pewnością ponownie pojedziemy do Rumunii. Zostało jeszcze wiele dróg do przejechania, ludzi do poznania i palinki do wypicia. Jeśli wybieracie się w te strony- Drum Bun!

_______________________________

W sumie przejachaliśmy ok. 4800km

_______________________________